Kawa, energia i trening: kiedy pomaga, a kiedy psuje sen i regenerację

1
115
2/5 - (2 votes)

Z tego wpisu dowiesz się:

Kawa w życiu osoby trenującej – dlaczego w ogóle o tym myśleć

Kawa dla wielu osób trenujących jest pierwszym, najbardziej oczywistym i najtańszym „suplementem”. Zamiast kupować kolorowe przedtreningówki, wystarczy zwykła czarna kawa z ekspresu, kawiarki czy nawet rozpuszczalna – efekt energetyczny często będzie bardzo podobny. To dlatego sposób korzystania z kofeiny ma tak duży wpływ na to, czy treningi idą do przodu, czy kończysz dzień przestymulowany, a sen jest płytki i nie daje regeneracji.

Dobrze ustawiona „strategia kawowa” pomaga utrzymać konsekwencję: łatwiej wstać na poranny trening, dociągnąć serię, nie odpuścić siłowni po pracy. Źle ustawiona – prowadzi do błędnego koła: za mało snu, coraz więcej kawy, coraz większe rozjechanie energii w ciągu dnia i coraz słabsza regeneracja mięśni oraz układu nerwowego.

Kawa jako najtańszy „suplement przedtreningowy”

Na półkach z suplementami przedtreningowymi skład bywa efektowny, ale w praktyce bardzo często to właśnie kofeina jest głównym „motorem działania”. Różnica polega głównie na formie, dodatkach i cenie. Jeżeli chodzi tylko o pobudzenie na trening, zwykła kawa jest najbardziej budżetową opcją:

  • zwykła kawa mielona z marketu to koszt kilku–kilkunastu złotych za kilkadziesiąt porcji,
  • espresso lub duża kawa przelewowa z ekspresu domowego to minimalny koszt jednostkowy,
  • w porównaniu z tym większość gotowych przedtreningówek kosztuje wielokrotnie więcej za tę samą ilość kofeiny.

Dla kogoś, kto liczy pieniądze i nie chce wydawać niepotrzebnie na „magiczne proszki”, używanie kawy jako narzędzia przedtreningowego to rozsądny kompromis. Klucz tkwi nie w tym, żeby dorzucać kofeinę wszędzie, tylko żeby używać jej w momentach, w których przyniesie największy zwrot zainwestowanej „dawki”.

Kawa jako rytuał a kawa jako narzędzie

U większości osób kawa jest przyzwyczajeniem: kubek po przebudzeniu, potem „spotkanie przy kawie” w pracy, jeszcze jedna w okolicach południa. Z czasem łatwo dojść do 3–4 kubków dziennie, nawet się nad tym nie zastanawiając. Rytuał sam w sobie nie jest zły, problem pojawia się wtedy, gdy kofeina ląduje w ciele nie wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebna, tylko wtedy, kiedy „tak się przyjęło”.

Patrząc na kawę jak na narzędzie, zadajesz inne pytania:

  • kiedy w ciągu dnia najbardziej opada mi energia, a mam zaplanowany trening,
  • kiedy chcę być najbardziej skupiony i pobudzony,
  • o której chodzę spać i ile czasu przed snem powinienem zakończyć pobudzanie organizmu,
  • czy naprawdę potrzebuję kawy, czy po prostu sięgam po nią z przyzwyczajenia.

Taka zmiana myślenia pozwala odzyskać kontrolę: zamiast przypadkowego dolewania kofeiny, ustawiasz proste zasady, które nie rozwalają snu i regeneracji.

Gdzie zaczynają się problemy z kawą a snem

Najczęstszy schemat wygląda podobnie: ktoś śpi za krótko lub niespokojnie, więc rano jest półprzytomny. Ratuje się mocną kawą. W pracy dochodzi druga, a czasem trzecia. Po obiedzie przychodzi zjazd energii, więc „jeszcze jedna mała, bo inaczej nie przeżyję do wieczora”. Trening po pracy idzie jakoś na zaciągniętym kredycie, ale wieczorem ciało niby jest zmęczone, a głowa – przestymulowana. Zasypianie trwa dłużej, sen jest płytszy. Rano znów potrzeba większej dawki kofeiny. I koło się zamyka.

Przykładowy scenariusz z życia: ktoś kończy pracę o 16:00, jest wykończony, więc stawia na kawę „na urwanie głowy”. Trening o 18:00 idzie zaskakująco dobrze, bo kofeina robi swoje. Problem w tym, że o 23:00 ta sama osoba kręci się w łóżku, przewraca z boku na bok i nie może wejść w głęboki, regenerujący sen. Rano czuje się „połamana” i potrzebuje jeszcze więcej kawy.

Jeśli trening ma poprawiać sylwetkę, formę i zdrowie, układ nerwowy i mięśnie muszą mieć kiedy się odbudować. Kawa nie jest wrogiem, ale nieumiejętne korzystanie z niej bardzo łatwo przesuwa granicę w stronę chronicznego niedospania, słabszego regenerowania mięśni oraz kiepskiej koncentracji w ciągu dnia.